Michał Marusik dla Katolickiej Agencji Informacyjnej (WYWIAD)

Michał Marusik dla Katolickiej Agencji Informacyjnej (WYWIAD)

680
0
PODZIEL SIĘ

Poniżej wywiad z Michałem Marusikiem przeprowadzony przez Katolicką Agencję Informacyjną:

KAI: Czym jest mowa hejt i mowa nienawiści i jakie są ich przyczyny?

Michał Marusik: – Są to metody manipulowania społeczeństwem. Obydwie te metody służą manipulowaniu zupełnie innymi segmentami społeczeństwa.

Hejt obejmuje środowiska najprymitywniejsze; ludzi nie posługujących się argumentami. Wyrabianie wśród tych ludzi – a stanowią oni statystyczną większość z poważnym wpływem na wyniki wszelkich plebiscytów popularności – odruchów niechęci opiera się na stylu przekazu, a nie na treści. Pod adresem osób, instytucji czy przedsięwzięć używa się kpin, szyderstwa, obelg. W środowisku poddanym takiemu hejtowi wytwarza się klimat, w którym nie wypada pozytywnie odnosić się do atakowanych. Samo słowo pojawiło się wraz z upowszechnieniem publicznej dyskusji w internecie, ale rynsztokowy żargon i rynsztokowe metody atakowania przeciwników istniały zawsze; uprawiane były powszechnie w karczmach czy na targowiskach. Wulgaryzmy i chamstwo wypowiedzi są elementem siły w walce z politycznymi przeciwnikami. W hejcie nie chodzi o to, żeby wykazać swoją rację; hejt nie ma cech debaty. Chodzi o pewnego rodzaju terror psychiczny; stworzenie klimatu niechęci, który nie pozwoli na racjonalną debatę i racjonalny stosunek do ludzi i spraw.

Mowa nienawiści obejmuje zupełnie inne środowiska. Jest też metodą nową; jest metodą będącą jeszcze „w trakcie powstawania”, in statu nascendi. Obejmuje debatę polityczną i publicystykę. Oczywiście w ich walorach propagandowych i psychologicznych. W systemie demokratycznym zarówno debata polityczna, jak i publicystyka na ogół służy inżynierii społecznej – manipulowaniu społeczeństwem. Ani publicystyka, ani debaty polityczne nie mają przecież cech dyskursu naukowego.  W tym (inżynieryjnym) rozumieniu celów debaty publicznej „mowa nienawiści” jest próbą ustanowienia cenzury łatwej do zarządzania (administrowania przekazem). Dziś np. łajdactwo można nazwać łajdactwem, a łajdaka (człowieka, który się łajdactwem posługuje) można nazwać łajdakiem. Można więc, oprócz całej nawały bzdur i kłamstw, głosić też prawdę. Wprowadzenie restrykcji w przekazie publicznym motywowanej zakazem dla czegoś, co zostanie nazwane „mową nienawiści” stworzy stan cenzury przekazu nie pozwalającej na otwarte sponiewieranie (nazwanie po imieniu) wszelkiego draństwa i łajdactwa. A przecież draństwo powinno być publicznie – i to brutalnie – dezawuowane. W imię prawdy o otaczającej nas rzeczywistości. Chodzi najwyraźniej o to, żeby w przekazie propagandowym wszelkie zło było traktowane z równą atencją jak dobro. Budowanie więc i utrwalanie jakiejkolwiek administracyjnie nadzorowanej walki z jakąkolwiek formą przekazu publicznego, np. z „mową nienawiści” jest procederem cenzury przekazu w imię ochrony zła przed potępieniem. Dobro i zło w jednakowym stopniu będzie musiało być wychwalane, a przynajmniej traktowane grzecznie i mile. Będzie to zatem administracyjny nakaz propagandowego zakłamywania rzeczywistości. Cenzorom chodzi tylko o to, żeby znaleźć jakieś (jakiekolwiek) uzasadnienie dla legalnego prowadzenia działalności cenzorskiej. [Nazywanie, na ten przykład, narodowych socjalistów nazistami (narodowymi socjalistami) może zostać uznane za „mowę nienawiści” i z tego powodu może być usuwane z przekazu fałszując rzeczywistość), a równocześnie nazywanie francuskiego Frontu Narodowego faszystami już za mowę nienawiści uznane nie będzie i będzie można je upowszechniać (również fałszując obraz rzeczywistości i wywołując zupełnie nieuzasadnione odruchy niechęci)].

Czy mowa nienawiści powinna być ścigana i czy potrzebne są dodatkowe regulacje prawne?

– Wydaje mi się, że moje stanowisko jednoznacznie wynika z opisu zjawisk. Nie należy ustanawiać żadnych form administrowania przekazem propagandowym. Aczkolwiek jestem zwolennikiem represyjnej (nie prewencyjnej!) cenzury obyczajowej. W publicznym przekazie adresowanym do przypadkowych odbiorców nie można szafować treściami szokującymi. Poszkodowani powinni mieć łatwość uzyskiwania od szkodników wysokich odszkodowań.

Czy w polskiej przestrzeni publicznej jest jeszcze miejsce na jakąkolwiek merytoryczną dyskusję czy jesteśmy skazani na permanentną wojnę plemienną?

– Nie wiem co oznacza „wojna plemienna” i skąd bierze się przeświadczenie czy teza, że jesteśmy teraz na coś takiego skazani. Nie znam nikogo, kto należałby do jakiegokolwiek plemienia. Póki co – nic takiego nie istnieje. Czym bowiem są plemiona, które rzekomo jakąś toczą wojnę?

Oczywiście w polskiej przestrzeni publicznej miejsce na merytoryczna debatę jest. Choćby te słowa, które tu kreślę sytuują się właśnie w tym miejscu. Rzecz w tym tylko, że dysponenci owej „przestrzeni publicznej” dopuszczają tam tylko takie treści, które służą ich doraźnym celom propagandowym. Prawda o rzeczywistości jest spychana na margines.

Dopóki masy ludzkie – merytorycznie niekompetentne – mają wpływ na władzę manipulowanie sympatiami i antypatiami tych mas staje się głównym zadaniem tzw. debaty publicznej (i całego przekazu publicznego; z kulturą i sztuką włącznie). Osobiście w merytorycznej dyskusji uczestniczę od dobrych czterdziestu lat. Widzę więc dokładnie, jak bardzo tzw. publiczny przekaz odległy jest od tej merytorycznej dyskusji, a tym samym od prawdy o stanie spraw publicznych: gospodarczych, politycznych, moralnych…

Zła władza kreowana jest wtedy, kiedy w ludziach wyrobi się źle skierowane odruchy sympatii i antypatii. Po odpowiedniej „obróbce propagandowej” mamy więc taką sytuację, że jeśli pozwoli się ludziom wybierać, wybiorą to, co jest dla nich najgorsze. Dzisiejszy przekaz publiczny jest więc nie tylko kontrolowany i cenzurowany, ale całkowicie administracyjnie sterowany. Jedyne, co można – i należy – zrobić to uwolnić przestrzeń debaty publicznej od jakiegokolwiek nadzoru ze strony biznesu i polityki. Dobre (i tanie) pieczywo pojawiło się w Polsce po odpaństwowieniu piekarni. Jeżeli mamy mieć dobre media, to nie mogą one być przedmiotem własności państwa. Państwo nie może być właścicielem; państwo może – i powinno – być twórcą norm prawnych chroniących etyczne zasady w relacjach miedzy obywatelami.

BRAK KOMENTARZY